Poprzedni mecz


1:2

31.08.2019 o 17:30

Następny mecz


-:-

16.09.2019 o 18:00


KONSTANTIN VASSILJEV – specjalnie dla Nas, kibiców

10. sierpnia. Sobota. W Maardu – małej, spokojnej miejscowości na północy Estonii trwa międzynarodowy turniej Orlików Młodszych (u10). Na boiskach występują młode talenty z takich drużyn jak Zenit Sankt Petersburg, Levadia Tallin czy… Akademia Piłkarska TEAM Gliwice, której założycielem jest znany wszystkim fanom mistrza Polski Jarosław Kaszowski. To właśnie dzięki pomocy „Kaszy” możecie czytać dziś ten wywiad. W pewnym momencie na płytę boiska w Maardu wchodzi wyjątkowy gość – Konstantin Vassiljev. Jak zwykle emanuje pozytywną energią. Uśmiecha się, nie odmawia rozmów z fanami, chętnie pozuje do zdjęć z dzieciakami. Zgadza się też usiąść do długiej – i z pewnością niełatwej – rozmowy z młodym kandydatem na dziennikarza. Otwiera się, wspomina, analizuje. Ale uśmiech ani przez chwilę nie schodzi z jego twarzy. Po raz kolejny udowadnia, że jest mega pozytywnym człowiekiem. Ale dość już tego wprowadzenia. Czas na creme de la creme, czyli rozmowę Pawła Zajączkowskiego z Kostją Vassiljevem.

Paweł Zajączkowski: Dzień dobry, Konstantin. Rozdział w Polsce został już przez Ciebie zamknięty. Grasz teraz we Florze Tallin, masz nowe wyzwania i cele. Ciekawi mnie jednak, co pomyślałeś, gdy usłyszałeś, że na turniej w Maardu przyjedzie drużyna z Polski. Jakie było twoje pierwsze skojarzenie związane z moim krajem?

Konstantin Vassiljev: Cześć. Wiedziałem, że przyjedzie tu właśnie AP Team. Jak wiesz, brałem czynny udział w organizacji Maardu Cup 2019, do tego byłem w kontakcie z Jarkiem [Kaszowskim – przyp. red.]. Od początku planowałem przyjść tu, na boisko, by  pooglądać zmagania młodych zawodników i bardzo cieszę się, że mam na to chwilę.

Z przyjemnością wspominam cały mój pobyt w Polsce. Oczywiście – w piłce dzieją się różne rzeczy, ale w Twoim kraju spotkałem wielu ludzi, którzy przez cały czas bardzo fajnie do mnie podchodzili, dlatego nie mam żadnych złych wspomnień.

PZ: Przygotowując się do tego wywiadu, sprawdziłem na portalu Transfermarkt.de Twoje liczby w trwającym sezonie, 2019 [w Estonii obowiązuje system rozgrywkowy wiosna – jesień – przyp. red.] i wyglądają one naprawdę świetnie. 17 rozegranych meczów na 21 możliwych, 6 goli i 11 asyst. Zastanawiam się więc, czy to jest ten Konstantin Vassiljev, którego pamiętamy z pierwszego sezonu w Piaście, tudzież pobytu w Jagiellonii, czy jednak jest to Konstantin Vassiljev w realiach estońskich, czyli jednak w lidze słabszej od polskiej Ekstraklasy?

KV: Ciężko to jednoznacznie ocenić. Na pewno miałem jeszcze czas i możliwości, żeby zagrać na poziomie polskiej Ekstraklasy. Teraz również miałbym na to siłę oraz chęć. To się jednak nie wydarzyło. Ja zawsze powtarzałem, że trzeba grać jak najlepiej dla klubu, w którym akurat się występuje, a nie myśleć o tym, gdzie mogłoby się być. Podchodzę do każdego meczu bardzo poważnie, bo wszystkie spotkania na poziomie klubowym to przygotowania do powołań na kadrę. W każdym starciu chcę pokazywać się z jak najlepszej strony, bo wiem, że jestem w stanie wciąż grać dobrze w reprezentacji.

Na pewno poziom ligi estońskiej nie jest tak wysoki jak ligi polskiej, ale nie uważam też, aby różnica ta była jakaś mega duża.

PZ: Kolejna ze statystyk, na którą natrafiłem: w 2014 roku, czyli w momencie transferu do Piasta, Twoja wartość rynkowa wynosiła 2 miliony Euro. Za porównywalną kwotę do Brentford odszedł niedawno najlepszy piłkarz całej ligi – Joel Valencia. Jak więc doszło do sytuacji, w której zamieniłeś Amkar Perm – klub grający w rosyjskiej Priemjer-Lidze – na polskiego średniaka, jakim w tamtym czasie był Piast?

KV: To było małe zamieszanie. W ostatniej chwili nie udało mi się przedłużyć kontraktu z Amkarem, a problemem był fakt, że duże kluby skompletowały już swoje kadry na sezon. Ciężko było więc znaleźć wyjście z tej sytuacji. Jasne, miałem kilka ofert, ale spośród nich Piast przedstawił – rzekłbym – „najnormalniejszą”. Po rozmowie z ówczesnym dyrektorem – Zdzisławem Kręciną – uważałem, że to będzie dobry ruch. I nie żałuję tego wyboru. Ogólnie cały okres, który spędziłem w Polsce był bardzo udany. Wiadomo – może nie ostatnie półtorej sezonu, ale – patrząc całościowo – z roku na rok było coraz lepiej i czułem się naprawdę ok.

 PZ: Gdy sięgasz pamięcią do meczów w niebiesko – czerwonych barwach, to który z nich wspominasz najlepiej? Ja mam przed oczyma zwycięstwo 6:3 z PGE GKS-em Bełchatów i prawdziwy błysk Konstantina Vassiljeva – dwa gole, w 5’ i 7’. Ale może Ty masz jakiś inny typ, jeśli idzie o Twój najlepszy występ dla drużyny z Gliwic.

KV: Ja bardziej wspominam wygraną z Lechem, tę pierwszą, historyczną [23.11.2014r. Piast pokonał Kolejorza przy Okrzei 3:2 – przyp. red.]. Zapamiętam ten mecz na zawsze. Lech nie był w tamtym czasie przypadkowym klubem i sztuką było ograć go, nawet na własnym boisku. Tym bardziej, że przegrywaliśmy 1:2. To był naprawdę bardzo fajny moment.

PZ: Mam pytanie o powrót do Piasta przed rozpoczęciem sezonu 2017/18. Czym kierowałeś się zamieniając Jagiellonię, a więc w tamtym czasie zespół ze ścisłej ligowej czołówki, na drużynę z Gliwic?

KV: Znowu nie udało mi się dogadać z klubem odnośnie przedłużenia kontraktu. Nie mogę jednak powiedzieć, że coś mi się w Jagiellonii nie podobało. W tamtym momencie wszystko w klubie funkcjonowało fajnie i chciałem zostać w Białymstoku. Wiedziałem, że nastąpi zmiana trenera, odejdzie kilku zawodników, a mimo to pozostanie na Podlasiu było moim priorytetem. Pierwsze rozmowy dotyczące przedłużenia umowy przeprowadzaliśmy jeszcze pół roku przed jej wygaśnięciem i wydawało się, że wszystko idzie w dobrym kierunku. Potem jednak negocjacje przebiegały już tylko słabiej i ostatecznie nie dogadaliśmy się.

Wtedy pojawił się Piast. Po kilku rozmowach z dyrektorem Łukaszem Piworowiczem doszedłem do wniosku, że w klubie mają pomysł na moją osobę. Nie tylko jeśli chodzi o moją karierę piłkarską, ale także czas po jej zakończeniu.

Wszyscy wiemy jak przebiegało moje drugie podejście do Piastunek. Możemy tylko gdybać czy ten transfer był dobrym wyborem. Mam takie podejście, że nie żałuję żadnego wyboru, bo przed jego dokonaniem nie jesteśmy w stanie przewidzieć konsekwencji, jakie on ze sobą niesie. Zawsze podjęta decyzja jest czymś warunkowana, a nam pozostaje tylko walczyć, o to, by wszystko przebiegało jak najlepiej.

PZ: Jak Twoim zdaniem wyjaśnić to, co działo się przy Okrzei w rozgrywkach 2017/18? Dlaczego był to aż tak dramatyczny sezon w Waszym wykonaniu?

KV: Na początku nic nie wskazywało na to, że może być aż tak słabo. Trudny początek, niestrzelone karne i brak punktów na pewno miały wpływ na końcowy wynik, ale gra dawała powody do optymizmu.

Oczekiwania były wysokie. Ode mnie wymagano lepszej gry, lepszych liczb. Zresztą jak i od całej drużyny. O ile zdobycie gola zależy od strzelca, to do zaliczenia asysty potrzebne jest dobre wykończenie partnera. Czasami ma się dużo szczęścia, wszystko wpada, ale czasem jest zupełnie odwrotnie i trzeba to w jakiś sposób przełamać.

Na pewno mieliśmy kadrę na wyższe miejsce niż to, które zajęliśmy. W moim przypadku kłopotem były też problemy ze zdrowiem. Na jesień doznałem dwóch kontuzji z rzędu, które na pewno nie spowodowały błysku na boisku. Ale szczerze powiem – do końca byłem pewien, że nie jesteśmy drużyną, która powinna bronić się przed spadkiem – potencjał kadrowy był znacznie większy.

Tylko dlaczego w drugiej części sezonu nie udało się poprawić wyników? To już ciężko powiedzieć. Rzadziej wtedy grałem, ale cóż – takie były wybory trenera.

Przed następnym sezonem dużych zmian kadrowych nie było, ale gra uległa znacznej poprawie. Od początku wszystko szło dobrze, z każdym meczem chłopaki nabierali pewności siebie i w efekcie wygrali mistrzostwo.

PZ: A co wydarzyło się przed meczem z Termalicą [19. 08. 2018 r., 4:0 – przyp. red.]? W mediach krążyły różne wersje wydarzeń, ale najczęściej powtarzała się informacja, jako byś rzekomo w rozmowie z Waldemarem Fornalikiem odmówił występu w spotkaniu decydującym o utrzymaniu w lidze.

KV: Nie wiem skąd wzięła się ta informacja, ale jest ona nieprawdziwa. Po ostatnim treningu przed meczem spojrzałem na listę powołanych i zwyczajnie nie było mnie na niej. Żadna rozmowa z trenerem nie miała miejsca, a ja nigdy nie wykazywałem braku chęci do gry. Czegoś takiego nie robiłem i nie będę robić.

PZ: Generalnie chyba trener nie wiele z Tobą rozmawiał… Do tego dość dziwne decyzje podejmowano klubie wobec Twojej osoby. Na przykład ta o zesłaniu do rezerw. Zastanawiam się, czy gra w drugiej drużynie dodatkowo motywuje, czy raczej odbiera chęć do gry w piłkę?

KV: Powiem tak – za bardzo lubię piłkę nożną, żeby nie zajmować się nią na poważnie; tracić czas na „pierdoły” i nic nie robić. Jestem przekonany, że to nie było moje miejsce w tamtym momencie, ale skorzystałem z tego czasu maksymalnie. Zdobyłem cenne doświadczenia na przyszłość – odnośnie tego jak pracować z młodymi piłkarzami, jak pracują z nimi trenerzy, jakie podejście do nich mają. Próbowałem też pomóc młodzieży. Na pewno będę śledził, jak przebiegać będzie ich kariera, bo byli tam piłkarze, których stać na to, by zaistnieć w polskiej piłce.

PZ: W czasie gry w rezerwach, w szóstej lidze polskiej, wciąż regularnie występowałeś w reprezentacji. Jak to jest jeździć z pastwiska na mecze kadry? Musi to być naprawdę dziwne uczucie.

KV: Z jednej strony tak, ale z drugiej – w każdym meczu miałem okazję udowodnić, że jestem zawodnikiem na poziomie Ekstraklasy.

To na pewno nie była łatwa sytuacja dla selekcjonera, ale przed jesiennymi meczami reprezentacji zadzwonił do mnie i powiedział, że otrzymam powołania, a tylko ode mnie zależeć będzie, jak będę wyglądał na zgrupowaniu. Na pewno nie byłem przekonany, że będę występował w Lidze Narodów, ale okazało się, że wyglądałem naprawdę nieźle w treningach i trener zdecydował się mnie wystawić. Zagrałem w pięciu – sześciu meczach i na pewno nie byłem w nich najgorszym piłkarzem. To też dodawało mi sporo pewności. Udowadniałem sam sobie, że potrafię.

Udało mi się jakoś przejść całe to zamieszanie związane ze zsyłką do rezerw, a kadra Estonii była bardzo dużym bonusem, z którego należało maksymalnie skorzystać.

PZ: Czy w tej trudnej sytuacji odczuwałeś jakiekolwiek wsparcie ze strony klubu, czy jednak włodarze robili wszystko, aby się Ciebie pozbyć?

KV: Najgorsze w całej tej sytuacji było to, że ja nie wiedziałem, o co tak naprawdę chodzi; jakie są powody tego zesłania. Gdybyśmy już na początku całej sprawy usiedli i na spokojnie pogadali [z trenerem i władzami klubu – przyp. red]… Być może już wtedy doszlibyśmy do wniosku, że dalsza współpraca nie ma sensu i najlepszym wyjściem będzie rozwiązanie kontraktu. A tak – żadnej rozmowy nie było i nie wiedziałem o co w tym wszystkim chodziło.

Jeszcze raz powtórzę – to trener podejmuje decyzje odnośnie wyboru składu. W końcu to on odpowiada za wynik. Nie mam więc pretensji, ale myślę, że wszystkim nam łatwiej by było, gdybyśmy siedli i spokojnie pogadali.

Nie miałem zamiaru robić żadnych problemów, ale nie sądzę, żeby klub cokolwiek wygrał w tej sytuacji. Ok, mogą powiedzieć: „przecież mamy mistrzostwo”, ale nie wolno tak traktować innych, iść „po trupach do celu”.

PZ: A był w ogóle temat Twojego pozostania w Piaście czy już od początku dostawałeś sygnały, że będziesz musiał odejść z klubu przed wygaśnięciem umowy?

KV: Ja byłem przygotowany na to, żeby wypełnić cały kontrakt w Piaście, tylko trzeba by było o tym normalnie porozmawiać… Chciałem dowiedzieć się, czego konkretnie oczekuje ode mnie trener, bo powiedzenie: „Mam wobec Ciebie wysokie oczekiwania” jest bardzo ogólne. Czym są te „wysokie oczekiwania”? Może to równie dobrze być wymaganie dwudziestu wślizgów co mecz. Ok: asysty, bramki, ale one nie urodzą się same…

Wspominam mecze w rundzie wiosennej sezonu 2017/18. Na przykład z Arką na wyjeździe, z Pogonią u siebie. Przy odrobinie szczęścia mogłem w tych meczach zaliczyć asysty, zdobyć bramki. Przydarzył się nieuznany karny. I wszystko to poszło w złym dla mnie kierunku. Piłka nożna jest czasem bardzo dziwna.

PZ: Zamknijmy już temat Piasta, bo nie należy on z pewnością do najwygodniejszych. Mam pytanie o Ciebie, a konkretnie Twoją lewą nogę. Skąd wziął się fakt, że jesteś właściwie „obunożnym” zawodnikiem?

KV: Za to mogę tylko podziękować mojemu trenerowi z dzieciństwa, Viktorowi Pasikucie, który od dziewiątego do dziewiętnastego roku życia szkolił mnie w szkółce piłkarskiej w Tallinie. On, jako były piłkarz bardzo zwracał uwagę na to, że piłkarze powinni być „obunożni”. Mawiał, że po to mamy dwie nogi, aby jedna drugiej pomagała. Trener bardzo zwracał uwagę na wyszkolenie techniczne obu nóg.

Myślę, że teraz wielu trenerów nie kładzie odpowiedniego nacisku na technikę. To bardzo widać, gdy do drużyny seniorskiej przychodzi siedemnasto-, osiemnastoletni chłopak i ma problemy z podaniem, a co dopiero podaniem słabszą nogą. To jest problem nie tylko w Estonii, ale i w Polsce, a w wieku osiemnastu lat bardzo ciężko jest to poprawić. Oczywiście, nie jest to niemożliwe, ale więcej można nauczyć się jako dziecko.

Ja zawsze byłem zawodnikiem atakującym, pomocnikiem, więc operowanie dwoma nogami bardzo mi pomagało. Sprawiało, że mogłem grać szybciej, nie tracić na boisku czasu.

PZ: A co planujesz na najbliższe lata? Absolutnie nie chcę wysyłać Cię na emeryturę, ale czy masz już jakiś plan na czas po zakończeniu kariery? Menedżerka, trenerka, a może chcesz zacząć robić coś niezwiązanego z futbolem?

KV: Na pewno nie chcę uciekać ze świata piłki. Nie po to zajmowałem się nią całe życie. Już teraz zacząłem robić kurs trenerski i jeśli wszystko pójdzie dobrze, to już na początku przyszłego roku będę mieć licencję UEFA A.

We Florze mam roczną umowę, więc na pewno po zakończeniu sezonu przeanalizuję czy wiąż jestem zdrowy i chętny do gry. Jeśli odpowiem sobie: „tak”, to na pewno jeszcze pogram. Czasami chce się za bardzo odciągnąć moment zakończenia kariery, ale z pewnością nie chcę, aby ludzie w klubie czy kibice mówili, że: „stary zajmuje tylko miejsce innym, jedynie dlatego, że ma uznane nazwisko i jakieś zasługi w przeszłości”.

Na pewno plan pozostania w piłce jest, plan można by powiedzieć „trenerski”. A jak będzie – życie pokaże. Wiadomo, że w futbolu wszystko zmienia się szybko i niespodziewanie. Dlatego staram się być na bieżąco w piłce – estońskiej, ale i polskiej czy europejskiej.

Trzeba wiedzieć, co się chce osiągnąć, a takie mecze jak mojej Flory z Eintrachtem Frankfurt [w eliminacjach Ligi Europy – przyp. red.] pokazują, że z Estonii też coś ciekawego może wyjść, jeśli dołoży się ku temu odpowiednich starań.

PZ: I ostatnie pytanie: co sobie myślisz, gdy słyszysz „Piast Gliwice”. Jak podsumowałbyś oba pobyty w klubie ze Śląska?

KV: W obu przypadkach: NIEWYKORZYSTANE MOŻLIWOŚCI. Na pewno mogło to wyglądać lepiej – przede wszystkim z mojej strony, ale i ze  strony całego klubu.  

Kategoria: sport | Autor: | Data: 6 września 2019
avatar
  Subscribe  
Powiadom o

Ekstraklasa

# Nazwa M. Pkt.
1 Śląsk Wrocław 7 15
2 Jagiellonia 7 14
3 Pogoń Szczecin 7 14
4 Cracovia 7 13
5 Legia Warszawa 6 13
6 Lech Poznań 7 11
7 Piast Gliwice 7 11
8 Wisła Kraków 7 10
14 Arka Gdynia 7 5
15 ŁKS Łódź 7 4
16 Korona Kielca 7 4

 

Szukaj

Polecamy

Archiwum

www.PiastGliwice.eu - Nieoficjalny serwis kibiców Piasta Gliwice. 2007-2018: Wszystkie prawa zastrzeżone
Projekt graficzny i wdrożenie: gleniu / Polityka prywatności.